PROFIL
Historia recenzji i ocen użytkownika Patryk Grzesik
Wyprawa do El Dorado
,
„Wyprawa do El Dorado” Reinera Knizii to świetny „drugi krok” dla początkujących graczy, ale też dobra zabawa dla bardziej doświadczonych wielbicieli cięższych tytułów. Jest to też dobre wprowadzenie do mechaniki budowania talii, ponieważ tutaj ta mechanika działa świetnie. W tej grze ścigamy się do celu – mitycznego El Dorado, złotego miasta – jednak dzięki dwustronnej, modułowej planszy każda wyprawa i kazda rozgrywka jest inna. W instrukcji znajdziemy kilka propozycji map (czyli sposobów ułożenia modułów planszy) o różnym stopniu trudności, to jednak nie wszystko – w serwisie Boardgamegeek.com znajdziemy kilkadziesiąt kolejnych map stworzonych przez fanów. Oprócz tego oczywiście możemy zabawić się w kartografów i komponować własne mapy. Dróg do celu może być wiele, zarówno w sensie ścieżek na mapie, jak i budowanych przez nas talii. Gra jest dynamiczna, znajdziemy w niej i odrobinę strategii (którędy do celu, jakie karty powinienem kupić), jak i dużo taktyki. Każdy z naszych planów może zweryfikować postępowanie naszych rywali, którzy mogą nas np. chwilowo przyblokować na planszy, kiedy spotkamy ich w jakimś „wąskim gardle” na mapie.
Mechanika budowania talii jest w „Wyprawie do El Dorado” dość specyficzna. Gracze mają swoje talie startowe, oprócz tego mamy ogólny zasób kart, który jest odkryty – od początku znamy wszystkie karty, które możemy zdobyć do swojej talii. Inaczej jednak ma się sprawa z ich dostępnością – na początku gry możemy kupić karty sześciu określonych rodzajów i dopiero gdy karty któregoś z tych rodzajów wyczerpią się, w ich miejsce możemy wystawić do zakupu inny wybrany rodzaj kart. To pomysłowe rozwiązanie z jednej strony niweluje losowość kart dociąganych na rynek, ale też jest dodatkowym polem interakcji (czasem negatywnej) między graczami. Losowość pozostaje jedynie w dociągu kart z naszej własnej talii, no i w żetonach jaskiń, jeżeli włączymy je do rozgrywki. Autor gry radzi, żeby żetony jaskiń stosować dopiero po kilku rozgrywkach, kiedy gracze poznają zasady gry w praktyce, jednak ja używałbym ich od początku. Żetony nie utrudnią zbytnio zrozumienia zasad gry początkującym graczom, a będą ciekawym urozmaiceniem w drodze do El Dorado, chociaż to, co odnajdziemy w jaskini, nie musi być dla nas przydatne, szczególnie kiedy eksplorujemy jaskinię pod koniec rozgrywki.
Elementem gry, który wydaje mi się sztuczny i niezbyt klimatyczny, są blokady, czyli dodatkowe progi pomiędzy modułami planszy, na których przekroczenie gracz musi wydać dodatkową kartę określonego rodzaju. Domyślam się, że ich celem jest „przyhamowanie” gracza, który za bardzo wyrwał się do przodu i moze zdobyć nad innymi przewagę nie do odrobienia, jednak w praktyce blokady nie są specjalnym wyzwaniem dla graczy, a sytuacja na planszy potrafi szybko i znacząco się zmieniać, a nawet duże dystanse między graczami mogą zniknąć po paru sprytnych, przemyślanych ruchach graczy ścigających lidera. Na szczęście blokad możemy nie używać.
Gier typu „Indiana Jones na planszy” wydano już wiele (ostatnio choćby „Zaginiona wyspa Arnak”), jednak „Wyprawa do El Dorado”, dzięki swojej dynamice, poziomowi interakcji i względnej lekkości, wyjątkowo dobrze klei się z tym klimatem. I mimo, że zazwyczaj z przyjemnością grywam w nieco cięższe tytuły, dla mnie „Arnak” jest jak praca, a „Wyprawa” jak przygoda.
Gra dobrze się skaluje od 2 do 4 graczy, a czas rozgrywki podany na pudełku (45 minut) potwierdza się w praktyce, chyba, że gramy na dużej, rozbudowanej planszy – w takim przypadku gra może potrwać nieco dłużej. W rozgrywce dwuosobowej każdy gracz porusza na planszy dwoma pionkami poszukiwaczy, a wygrywa ten, kto pierwszy doprowadzi obu do El Dorado.
Nie mogę nie wspomnieć o pięknej, klimatycznej oprawie graficznej, za którą odpowiada Vincent Dutrait, jeden z moich ulubionych ilustratorów. Plansza i inne komponenty gry są wysokiej jakości, a pudełko podstawowej gry zmieści też elementy dodatku „Demony dżungli”, jeżeli się na niego zdecydujemy.
,
„Wyprawa do El Dorado” Reinera Knizii to świetny „drugi krok” dla początkujących graczy, ale też dobra zabawa dla bardziej doświadczonych wielbicieli cięższych tytułów. Jest to też dobre wprowadzenie do mechaniki budowania talii, ponieważ tutaj ta mechanika działa świetnie. W tej grze ścigamy się do celu – mitycznego El Dorado, złotego miasta – jednak dzięki dwustronnej, modułowej planszy każda wyprawa i kazda rozgrywka jest inna. W instrukcji znajdziemy kilka propozycji map (czyli sposobów ułożenia modułów planszy) o różnym stopniu trudności, to jednak nie wszystko – w serwisie Boardgamegeek.com znajdziemy kilkadziesiąt kolejnych map stworzonych przez fanów. Oprócz tego oczywiście możemy zabawić się w kartografów i komponować własne mapy. Dróg do celu może być wiele, zarówno w sensie ścieżek na mapie, jak i budowanych przez nas talii. Gra jest dynamiczna, znajdziemy w niej i odrobinę strategii (którędy do celu, jakie karty powinienem kupić), jak i dużo taktyki. Każdy z naszych planów może zweryfikować postępowanie naszych rywali, którzy mogą nas np. chwilowo przyblokować na planszy, kiedy spotkamy ich w jakimś „wąskim gardle” na mapie.
Mechanika budowania talii jest w „Wyprawie do El Dorado” dość specyficzna. Gracze mają swoje talie startowe, oprócz tego mamy ogólny zasób kart, który jest odkryty – od początku znamy wszystkie karty, które możemy zdobyć do swojej talii. Inaczej jednak ma się sprawa z ich dostępnością – na początku gry możemy kupić karty sześciu określonych rodzajów i dopiero gdy karty któregoś z tych rodzajów wyczerpią się, w ich miejsce możemy wystawić do zakupu inny wybrany rodzaj kart. To pomysłowe rozwiązanie z jednej strony niweluje losowość kart dociąganych na rynek, ale też jest dodatkowym polem interakcji (czasem negatywnej) między graczami. Losowość pozostaje jedynie w dociągu kart z naszej własnej talii, no i w żetonach jaskiń, jeżeli włączymy je do rozgrywki. Autor gry radzi, żeby żetony jaskiń stosować dopiero po kilku rozgrywkach, kiedy gracze poznają zasady gry w praktyce, jednak ja używałbym ich od początku. Żetony nie utrudnią zbytnio zrozumienia zasad gry początkującym graczom, a będą ciekawym urozmaiceniem w drodze do El Dorado, chociaż to, co odnajdziemy w jaskini, nie musi być dla nas przydatne, szczególnie kiedy eksplorujemy jaskinię pod koniec rozgrywki.
Elementem gry, który wydaje mi się sztuczny i niezbyt klimatyczny, są blokady, czyli dodatkowe progi pomiędzy modułami planszy, na których przekroczenie gracz musi wydać dodatkową kartę określonego rodzaju. Domyślam się, że ich celem jest „przyhamowanie” gracza, który za bardzo wyrwał się do przodu i moze zdobyć nad innymi przewagę nie do odrobienia, jednak w praktyce blokady nie są specjalnym wyzwaniem dla graczy, a sytuacja na planszy potrafi szybko i znacząco się zmieniać, a nawet duże dystanse między graczami mogą zniknąć po paru sprytnych, przemyślanych ruchach graczy ścigających lidera. Na szczęście blokad możemy nie używać.
Gier typu „Indiana Jones na planszy” wydano już wiele (ostatnio choćby „Zaginiona wyspa Arnak”), jednak „Wyprawa do El Dorado”, dzięki swojej dynamice, poziomowi interakcji i względnej lekkości, wyjątkowo dobrze klei się z tym klimatem. I mimo, że zazwyczaj z przyjemnością grywam w nieco cięższe tytuły, dla mnie „Arnak” jest jak praca, a „Wyprawa” jak przygoda.
Gra dobrze się skaluje od 2 do 4 graczy, a czas rozgrywki podany na pudełku (45 minut) potwierdza się w praktyce, chyba, że gramy na dużej, rozbudowanej planszy – w takim przypadku gra może potrwać nieco dłużej. W rozgrywce dwuosobowej każdy gracz porusza na planszy dwoma pionkami poszukiwaczy, a wygrywa ten, kto pierwszy doprowadzi obu do El Dorado.
Nie mogę nie wspomnieć o pięknej, klimatycznej oprawie graficznej, za którą odpowiada Vincent Dutrait, jeden z moich ulubionych ilustratorów. Plansza i inne komponenty gry są wysokiej jakości, a pudełko podstawowej gry zmieści też elementy dodatku „Demony dżungli”, jeżeli się na niego zdecydujemy.


